Mont Blanc – moja relacja z trudnej i nieprzewidywalnej wyprawy przez kuluar śmierci


MONT BLANC – MOJA HISTORIA

Moja wyprawa na Mont Blanc to dalszy ciąg wspaniałej historii po Gran Paradiso, ale także pełna emocji lekcja pokory wobec gór. Już od pierwszych chwil wiedziałem, że ta wyprawa nie będzie prosta — a wydarzenia, które spotkały nas po drodze, tylko to potwierdziły.

W końcu nasz lider zorientował się, gdzie należy jechać… Jednak skrócenie drogi okazało się fatalnym pomysłem. Wjechaliśmy pod zbyt niski wiadukt kolejowy i zerwaliśmy dach busa. Moje zdenerwowanie osiągnęło szczyt — znaki są przecież takie same jak w Polsce, więc jak można było wjechać pod ten wiadukt?

Co teraz? Usiąść i płakać?
Z kolegą postanowiliśmy wziąć sprawy w swoje ręce. Zaproponowaliśmy spuszczenie powietrza z opon i wyjście całej ekipy z samochodu. Tak też zrobiliśmy — auto obniżyło się i udało się je wysunąć z pułapki.

Niestety nasz „mądry” lider kazał nam teraz… napompować te opony. W tamtej chwili miałem ochotę wracać do domu, ale w głowie wciąż był cel wyprawy — Mont Blanc.

Chamonix, Les Chavants i podróż ku górze

Po długich perypetiach dotarliśmy na camping. Rozstawiliśmy namioty i wreszcie mogliśmy odpocząć — bardziej psychicznie niż fizycznie. Wiedzieliśmy po Gran Paradiso, że ta wyprawa nie będzie ani łatwa, ani przyjemna.

Następnego dnia spakowaliśmy plecaki, sprzęt i ruszyliśmy do Chamonix, a stamtąd do Les Chavants, aby wjechać kolejką linową, a potem koleją szynową w wyższe partie. Sama podróż była niesamowita — przejazd wąskotorówką przez alpejskie przełęcze i widok zielonych dolin zapierał dech.

Po dotarciu na końcową stację nadszedł czas, by wziąć ciężkie plecaki i ruszyć w górę. Humory dopisywały, choć atmosfera siadła, gdy lider nie pozwolił jednej osobie iść „bo jest za gruba”. To było przytłaczające.

Tête Rousse, spadające kamienie i śmigłowiec

Po długim, ale szczęśliwym dniu dotarliśmy do schroniska Tête Rousse i na wypłaszczeniu rozstawiliśmy namioty. Pogoda była słaba, a dramatyzmu dodawał odgłos spadających kamieni w „kuluarze śmierci”.

Poszliśmy odpocząć do schroniska, ale ceny były z kosmosu, więc pozostawało tylko patrzeć, jak bogatsi jedzą. Podczas pobytu widzieliśmy śmigłowiec lecący po ofiarę kuluaru… To zrobiło na nas ogromne wrażenie.

Zdecydowaliśmy, że przejdziemy kuluar w nocy, gdy mróz trzyma skały. Wiecej o Kuluarze i jego ofiaraiarach.


Nocne przejście kuluaru śmierci

Wstaliśmy w środku nocy i ruszyliśmy w stronę żlebu. Wszyscy byliśmy maksymalnie skupieni — wiedzieliśmy, że to najniebezpieczniejszy fragment całej drogi.

Biegliśmy szybko, nasłuchując, czy coś nie spada. Byłem spocony ze strachu, ale udało się — dotarliśmy na drugą stronę i zaczęliśmy trudną wspinaczkę w górę.

Pogoda była fatalna. Mgły, wiatr, słaba widoczność. W pewnym momencie zgubiłem kontakt wzrokowy z liderem, który poszedł do przodu i zostawił mnie samego w trudnym terenie. Zdecydowałem się poczekać na inną ekipę — dalsza wspinaczka w takich warunkach była zbyt ryzykowna.

Wtedy usłyszałem polski język. Ekipa, która mnie dogoniła, przyjęła mnie bez wahania. Z nimi poczułem się bezpieczniej, spokojniej i… po prostu jak w drużynie.


Schronisko Goûter i rozmowa, której długo nie zapomnę

Dotarliśmy do starego schroniska, potem do nowego Goûter. Po drodze spotkaliśmy moją pierwotną grupę. Jedna z nowych koleżanek — Madzia — od razu rzuciła się na mojego lidera:

– Jak możesz zostawić swojego człowieka?!

Powiem szczerze — zrobiło mi się lepiej. Nie miałem ochoty z nim nawet rozmawiać.

Schron Valot – zimno, mgła i walka o zdrowie koleżanki

Ruszyliśmy dalej. Droga była śnieżno-lodowa, ale piękna. Niestety pogoda zaczęła się psuć, a każdy kolejny „prawie szczyt” okazywał się kolejnym wzniesieniem. W końcu dotarliśmy do schronu Valot — metalowego pudełka, brudnego tak, że wyglądało jak obora.

W środku zebrało się sporo ludzi. Nasz lider oczywiście położył się z dala od grupy. Tymczasem Madzia — ta, która stanęła za mną — zaczęła czuć się naprawdę źle. Była sina, wychłodzona. Zaczęliśmy ją rozgrzewać, poić, pomagać jej wychodzić na zewnątrz. Za każdym razem wracałem do śpiwora, bo warunki były dramatyczne.


Wejście na szczyt Mont Blanc

Warunki się poprawiły, choć było strasznie zimno. W blasku czołówek ruszyliśmy ku marzeniu. Gdy zaczęło świtać, Mont Blanc wyglądał bajecznie — różowo-fioletowy szczyt otoczony białymi lodowcami.

Było ciasno, miejscami niebezpiecznie, a francuscy przewodnicy prowadzili swoich klientów — „psy na smyczy” — tak szybko, że czasem trudno było im zejść z drogi.

Po długiej grani i kolejnych wzniesieniach dotarliśmy na szczyt.
Mój pierwszy czterotysięcznik tego kalibru — radość była ogromna.

Kilka zdjęć, uściski dłoni i ruszyliśmy w dół, bo pogoda znów zaczęła się psuć.



Dramat w drodze w dół

Przejście przez kuluar udało się ponownie szybkim biegiem, bo kamienie zaczęły już lecieć. Przy Tête Rousse lider ogłosił:

– Biegniemy! Ostatnia kolejka zaraz odjeżdża!

Zaczęliśmy biec w dół… zdecydowanie za szybko.
I stało się — kolega z drużyny źle postawił nogę między kamieniami i przy tej prędkości złamał ją otwarcie, w dwóch miejscach.

Myślałem tylko:
„Ten lider nas w końcu zabije…”

Wezwaliśmy śmigłowiec — zabrał poszkodowanego. My dotarliśmy na stację tylko po to, by dowiedzieć się, że pociągu… nie ma.

Po co więc był ten bieg?

Noc spędziliśmy w schronisku przy stacji. Lider zamiast być z zespołem, próbował oczarować koleżankę z drugiej ekipy.

Powrót i nowa przyjaźń

Następnego dnia zeszliśmy do Chamonix, odwiedziliśmy kolegę w szpitalu i tam wyszły problemy z naszym ubezpieczeniem. Lider musiał się nieźle nagimnastykować.

Pożegnaliśmy się i wróciliśmy do kraju. Kolega doleciał później przez stan nogi.

A nowo poznana ekipa?
Do dziś utrzymujemy kontakt — a ze Zbyszkiem ruszyłem później na Aconcaguę.

Podobne wpisy