Sri Lanka – kraj herbaty, słoni i wspomnień, które zostają na całe życie
Sri Lanka. Już samo wspomnienie tego kraju budzi we mnie ciepłe emocje. To jedna z tych podróży, które zostają w człowieku na zawsze – nie tylko na zdjęciach, ale gdzieś głęboko pod skórą.
W czasach, gdy pracowałem jako barman, wygrywałem konkursy, a życie kręciło się wokół niekończących się imprez, znalazłem też przestrzeń na naukę i rozwój w świecie miksologii. Nie zawsze byłem „człowiekiem gór” – to przyszło później 🙂
Przez wiele miesięcy przygotowywałem się do konkursu, który w 2007 roku trwał aż 14 godzin. Było to jedno z najważniejszych doświadczeń w mojej karierze barmańskiej, o którym więcej opisałem we wpisie:
Mistrzostwa barmańskie, które zmieniły moje życie .
Był to czas intensywnej pracy, odkrywania nowych smaków i eksperymentów z herbatą: łączenia lodów z gorącymi naparami czy dobierania klasycznych herbat do grillowanych potraw, tak aby stworzyć idealną harmonię smaków.
Wspominam to wszystko z ogromnym sentymentem.
Ale to jeszcze nie o tym jest ta historia.
Nagroda życia – podróż na Cejlon
Główną nagrodą w konkursie był wyjazd na Cejlon, czyli dzisiejszą Sri Lankę. Trafiliśmy tam w czasie, gdy kończyły się działania wojny domowej. Jej ślady wciąż były widoczne na ulicach – posterunki wojskowe, kontrole i napięcie unoszące się w powietrzu.
Kraj przywitał nas gorącem i ogromną wilgotnością. Od pierwszych chwil czuliśmy, że znaleźliśmy się w wyjątkowym zakątku świata. Ludzie byli niezwykle mili, serdeczni i uprzejmi – ich uśmiechy potrafiły rozładować każde napięcie.
Nasza wizyta obejmowała spotkanie w fabryce herbaty Dilmah oraz rozmowę z jej właścicielem. Mogliśmy zobaczyć cały proces produkcji herbaty: od zerwania liścia, przez suszenie i fermentację, aż po gotowy produkt. To było fascynujące doświadczenie – zobaczyć, ile pracy, wiedzy i szacunku do natury kryje się w jednej filiżance herbaty.
Wśród pól herbacianych
Pojechaliśmy jeepem do hotelu, gdzie przywitała nas chłodna woda i świeże, soczyste owoce. Następnego dnia ruszyliśmy na pola herbaciane. Mogliśmy sami zebrać liście, które później – na zakończenie wizyty – otrzymaliśmy jako własną herbatę.
Niby drobiazg, a jednak gest o ogromnym ładunku emocjonalnym. W końcu sam zebrałem herbatę, którą potem piłem.
Co ciekawe, liście herbaty zbierają wyłącznie kobiety. Zrywają tylko trzy najmłodsze listki z gałązki – to one gwarantują najwyższą jakość. Pracują w pełnym słońcu, w wilgoci, a mimo to na ich twarzach nie brakuje uśmiechu. Mężczyźni zajmują się transportem liści do fabryk, gdzie następuje segregacja, fermentacja i suszenie.
Pola herbaciane wyglądają bajecznie – intensywna zieleń kontrastuje z błękitem nieba, a zapach herbaty miesza się z wilgotnym powietrzem. Ma się wrażenie, że wszystko wokół dosłownie się gotuje.
Po powrocie do hotelu klimatyzacja poszła na maksimum – dla nas był to ekstremalnie ciężki dzień. Kiedy kelner zapukał do pokoju z gorącą herbatą i otworzył drzwi, cofnął się zaskoczony. Dla niego było tam jak w chłodni. Zostawił napar, spojrzał zdziwiony i wyszedł.
I właśnie wtedy zrozumieliśmy coś bardzo ciekawego – w tych gorących klimatach pije się głównie gorącą herbatę, a nie zimne napoje, jak mogłoby się wydawać.
Safari i spotkanie z dziką naturą
Kolejnego dnia wyruszyliśmy na safari. Przejeżdżaliśmy przez malownicze wioski i dzikie tereny. Widzieliśmy jeepa National Geographic, ale to nasz niezmordowany kierowca wjechał tam, gdzie trawy były wyższe niż samochód.
Udało się – natrafiliśmy na stado dzikich słoni azjatyckich, które mają charakterystycznie mniejsze uszy. Jeden z samców wyraźnie miał dość naszej obecności. Ruszył w naszym kierunku z ogromnym impetem. Musieliśmy błyskawicznie wycofywać się na wstecznym i uciekać z buszu.
Ogromne, potężne, a jednocześnie niezwykle piękne zwierzęta – widok, którego się nie zapomina.
Później odwiedziliśmy miejsce, gdzie mogłem przejść przez rzekę… na słoniu. Nazywała się Monica. Była ogromna, a jednocześnie niezwykle delikatna. Jej skóra była miękka, a ruchy spokojne. To jedno z tych doświadczeń, których nie da się porównać z niczym innym.
Obiad jedliśmy w restauracji z widokiem na rzekę, w której kąpały się stada słoni – również z młodymi. Absolutna magia.
Góry, mgła i „koniec świata”
Podróżowaliśmy dalej, mijając kolejne pola herbaciane, wojskowe kontrole i wąskie drogi, gdzie kierowcy bez strachu mijali się na milimetry, ocierając samochodami o skały i siebie nawzajem. Wojsko było wszędzie – nawet podczas krótkich postojów kontrolowano tubylców.
Dotarliśmy do lobby, gdzie przyszedł czas na obiad i odpoczynek. Następnego poranka ruszyliśmy na tzw. Mały i Duży Koniec Świata. Droga była mokra, śliska i błotnista. Niestety mgła zasłoniła wszystko, więc widoków nie było żadnych – ale sama przygoda była tego warta.
Później wróciliśmy do górskiego hotelu. Śniadanie z widokiem na góry… tego naprawdę nie da się opisać słowami.
Smaki Sri Lanki
Kilka słów o jedzeniu. Woda była droższa niż cola – ceny niskie, ale sam fakt bardzo ciekawy. Kuchnia lokalna jest absolutnie pyszna, ale ekstremalnie pikantna. Dlatego niemal każdego dnia, „dla równowagi żołądkowej”, otwieraliśmy kolejną butelkę mocniejszego trunku 🙂
W nocy małpy zniszczyły nam dach w domku, ale nawet to nie zepsuło atmosfery i nie przeszkodziło w miłym spędzaniu czasu.
Colombo i złoto Sri Lanki
Ostatnim etapem podróży była stolica kraju. Otrzymaliśmy informację, by mieć cały czas przy sobie dokumenty – hotel był chroniony przez wojsko. Zalecono nam również, aby nie oddalać się zbyt daleko.
Oczywiście nie do końca się posłuchaliśmy i wybraliśmy się na krótką przejażdżkę tuk-tukiem. Miasto było głośne i ruchliwe, pełne wojska i ludzi próbujących sprzedać dosłownie wszystko. Dość szybko postanowiliśmy wrócić do hotelu.
Później pojechaliśmy do siedziby Dilmah, gdzie spotkaliśmy się z właścicielami. To tam dowiedzieliśmy się, że herbata jest prawdziwym złotem Sri Lanki – fundamentem gospodarki i narodową dumą. Odebraliśmy nasze gotowe herbaty i ruszyliśmy w drogę powrotną, pełni entuzjazmu i nowych doświadczeń.
Japonia – inny świat, ta sama herbata
Choć Sri Lanka jest dla mnie synonimem herbaty, nie sposób nie wspomnieć o Japonii. To zupełnie inny świat, inna estetyka i filozofia, ale ten sam szacunek do liścia. Japończycy traktują herbatę niemal jak rytuał – spokojny, uważny i pełen symboliki.
Ceremonia parzenia herbaty to tam sztuka, a nie codzienna czynność. Jeśli ciekawi Cię, jak wygląda herbata w japońskim wydaniu, opisałem to szerzej we wpisie:
Japonia – kraj ciszy, rytuałów i herbaty .
Dwa kraje, dwie kultury, a jeden wspólny mianownik – herbata jako coś znacznie więcej niż tylko napój.



































