Aconcagua góra marzeń – moja droga na dach Ameryki Południowej


Przygotowania nad morzem

Zanim ruszyłem w podróż na Aconcagua – górę marzeń, większość przygotowań odbywałem… nad Bałtykiem. Trudno tam poczuć wysokość, więc trenowałem inaczej – wspinałem się po klifowych schodach, około 3200 stopni w godzinę, co drugi dzień.
Dzięki temu kondycja rosła, a ciało przyzwyczajało się do wysiłku. Wiedziałem jednak, że to dopiero początek. Przede mną była wyprawa na Aconcaguę, najwyższy szczyt Ameryki Południowej.

Jeśli interesują Cię też inne wyprawy z Korony Ziemi, zobacz mój wcześniejszy wpis o Biegu po serce na Mt Kosciuszko w Australii.

Pierwsze kroki w Buenos Aires

Na lotnisku spotkaliśmy się w szesnastoosobowej grupie. Po przylocie do Buenos Aires zetknąłem się z rzeczywistością Ameryki Południowej – ogromną inflacją i wszechobecnym strachem przed kradzieżą. Plecak 30 l wypełniony gotówką, okna zabezpieczone kratami, a w parkach nocne rozmowy przy winie, które pozwalały oswoić się z nowym światem.

Podróż do Mendozy i Penitentes

Następnego dnia wyruszyliśmy autokarem w stronę Mendozy. Formalności, pozwolenia, ostatni nocleg w hotelu „Gorilla” i ruszamy w kierunku Penitentes – ostatniego przystanku przed dzikimi Andami.
Pogoda dopisywała, 36°C, a przed nami – Aconcagua, góra marzeń, która miała zweryfikować każdą kroplę potu z treningów.

Dzień 1 – Confluencia (3390 m)

Przewyższenie: 400 m | Czas: ok. 4 godz.

Startowaliśmy od stacji strażników w Horcones. Po pokazaniu pozwolenia ruszyliśmy w głąb doliny Quebrada de Horcones. Po drodze minęliśmy jezioro Laguna de Horcones i most znany z filmu „Siedem lat w Tybecie”.

W połowie trasy dopadło mnie osłabienie – choroba wysokościowa zaatakowała szybko. Trafiłem do namiotu lekarskiego i tam spotkałem najbardziej nietypowego medyka w życiu – pachniał marihuaną, był rozkojarzony, ale jego tabletki pomogły. Poranek przyniósł spokój i pierwszy prawdziwy oddech gór.


Dzień 2 – Confluencia → Plaza de Mulas (4300 m)

Przewyższenie: 910 m | Czas: 7–10 godz.

Plaza de Mulas to prawdziwe „miasto namiotów” w sercu Andów. Ponad 4000 m n.p.m., setki wspinaczy, tragarzy i ratowników. Zimne noce, huczący wiatr, ale też niesamowita energia.

Na trasie spotkaliśmy „Czarnego Anioła” – czarnego labradora, który towarzyszył jednej z uczestniczek przez całą drogę. Ta wierność dodała nam siły psychicznej.


Dzień 3 – Plaza de Mulas → Nido de Cóndores (5880 m)

Przewyższenie: 1200 m | Czas: 4–6 godz.

Trasa prowadziła przez miejsca legendarne dla historii Aconcagua – góry marzeń:
„El Semáforo” (4550 m), „Kamienie Conwaya” (4750 m) – nazwane na cześć Sir Conwaya, który w 1898 roku jako pierwszy dotarł do grani Filo del Guanaco.
Dotarliśmy do Nido de Cóndores (5880 m) – miejsca, które chroniło Fitz Geralda podczas jego historycznej wyprawy.

Historia pierwszego wejścia na Aconcaguę – Edward Fitz Gerald 1897

Dzień 4 – Nido de Cóndores → Colera Berlín (5930 m)

Marsz stawał się coraz trudniejszy, a wysokość dawała się we znaki, dlatego trzeba było zachować ostrożność przy każdym kroku. Ścieżka, prowadząc trawersem, omijała wzgórza, a jednocześnie pozwalała podziwiać coraz bardziej imponujące widoki. Po drodze zatrzymaliśmy się na Balcón Amarillo (5800 m), ponieważ było to idealne miejsce na krótki odpoczynek i uzupełnienie płynów. W końcu dotarliśmy do obozu Berlin (5930 m), który przywitał nas nie tylko silnym wiatrem i surowym mrozem, ale również miłym gestem – przygotowaną przeze mnie urodzinową herbatą ze śniegu dla całej ekipy. Dzięki temu drobnemu rytuałowi od razu poczuliśmy trochę ciepła i wspólnej motywacji, co w takich warunkach było niezwykle ważne.


Dzień 5 – Atak szczytowy (6962 m)

Start w nocy przy –15°C. Po drodze Piedras Blancas (6060 m), Schronisko Independencia (6380 m) i zdradliwy trawers Gran Acarreo.
Ostatnie metry – La Canaleta (6650 m). Każdy krok to walka z samym sobą.
W końcu – szczyt Aconcagua (6962 m). Stałem na dachu Ameryki Południowej, a w głowie brzmiała tylko jedna myśl: to naprawdę góra marzeń.



Praktyczne uwagi i porady

1. Przygotowanie kondycyjne i fizyczne

Zanim wyruszysz, zadbaj o formę. Regularnie biegaj, jeździj na rowerze albo chodź na długie trekkingi – to najlepszy sposób, żeby wyrobić sobie wytrzymałość. Dorzuć też trening siłowy całego ciała, bo mocne mięśnie przydadzą się przy noszeniu ciężkiego plecaka. A skoro już o plecaku mowa – wybierz się od czasu do czasu na kilkugodzinne wyprawy w góry z obciążeniem. To świetna symulacja tego, co czeka Cię podczas ekspedycji. I jeszcze jedno – wcześniej sprawdź swój sprzęt, szczególnie buty. Nic tak nie potrafi zepsuć wyprawy jak obtarte stopy.

2. Sprzęt i wyposażenie

Dobre wyposażenie to podstawa. Zainwestuj w wysokogórskie buty dwuwarstwowe – z wyjmowanym botkiem, który chroni przed mrozem. Jeśli chodzi o ubrania, działaj warstwowo: bielizna termiczna, polarowe spodnie, ciepła puchówka i solidne rękawice. Temperatury potrafią spaść nawet do -30°C. Pamiętaj też o goglach lodowcowych i kremie z wysokim filtrem – słońce na tej wysokości bywa bezlitosne. Do tego dochodzi sprzęt wspinaczkowy: raki, czekan, uprząż, karabinki – bez nich się nie obejdzie. A w obozach kluczowe będą dobry namiot odporny na wiatr i śpiwór z komfortem termicznym przynajmniej -20°C.

3. Choroba wysokościowa

Najważniejsze to aklimatyzacja – bez niej ani rusz. Wchodź stopniowo coraz wyżej, daj organizmowi czas na przyzwyczajenie się do mniejszej ilości tlenu. Słuchaj swojego ciała: jeśli pojawi się ból głowy, osłabienie albo trudności z oddychaniem, nie lekceważ tego schodź szybko na dół. Pamiętajcie o piciu wody to ona pomaga i ułatwia w znaczym stopniu aklimatyzację. Czasem lepiej się cofnąć niż ryzykować zdrowie. Dobrym rozwiązaniem może być też skorzystanie z pomocy tragarzy, którzy przeniosą część sprzętu – dzięki temu będziesz miał więcej energii na aklimatyzację. Koszt wynajecia młodego chłopaka który weźmie Twój plecak np na Colere to około 100USD. Zakładam oczywiście, że korzystacie z mułów.

4. Logistyka i formalności

Pamiętaj o zezwoleniu na wejście – załatwia się je w Mendozie. Przygotuj też budżet, bo poza pozwoleniem czekają Cię dodatkowe wydatki: transport sprzętu, jedzenie czy opłaty za rzeczy takie jak prysznic czy dostęp do Wi-Fi w obozach. Jeśli chodzi o jedzenie, liofilizaty są bardzo wygodne, ale dobrze zabrać też coś „normalnego”: suszone owoce, orzechy, batony energetyczne – to szybki zastrzyk energii. Czasami przydaję jakiś polski akcent by głowa miała troche oddechu od liofów ja zabrałem kabanosy.:) Ps. Pizza w Rwsturacji w Plasa de Mulas jest mega droga i cholernie ciężka na żoładek, niepolecam

5. Bezpieczeństwo i kradzieże

Podróżując, pamiętaj też o złodziejach – to częsty problem, szczególnie w miastach i przy transporcie. Kilka prostych zasad bardzo ułatwia życie:

I najważniejsze: nie wychodź z hotelu sam, szczególnie wieczorami. Naprawdę, uwierz mi na słowo – lepiej zawsze trzymać się w grupie albo chociaż w parze.

Jeśli czekacie na autokar, połóżcie plecaki razem w jednym miejscu i ustawcie się w kręgu, plecami do bagaży, obserwując otoczenie.

Przy pakowaniu do luku bagażowego jedna czy dwie osoby powinny stanąć z drugiej strony autokaru. Zdarza się, że złodzieje próbują wyciągać plecaki z drugiej strony, zanim kierowca zdąży zamknąć luk.

Podczas wymiany dolarów w kantorze zachowaj czujność – nie licz pieniędzy na ulicy, chowaj je od razu i pilnuj, żeby nikt Cię nie zagadywał ani nie rozpraszał.

Dokumenty, karty i gotówkę warto podzielić – część mieć przy sobie, część w zamykanym bagażu.

Podobne wpisy