Muztag Ata – czasami największym sukcesem jest Niezdobyć góry
Od kilku dni zastanawiałem się, czy w ogóle napisać ten wpis. Przecież nie zdobyłem szczytu, nie mam zdjęć z wysokości siedmiu tysięcy metrów ani relacji z życia w bazie pod Muztag Atą. Mimo to czuję, że ta historia zasługuje na opisanie, ponieważ nauczyła mnie czegoś, czego nie dał mi żaden zdobyty dotąd szczyt. Czasami największym wyzwaniem nie jest wspinaczka, ale podjęcie decyzji, która boli najbardziej.
Miesiące przygotowań i marzenie o pierwszym siedmiotysięczniku
Do tej wyprawy przygotowywałem się od wielu miesięcy. Treningi były oczywistością, ale jak zwykle ogromną część czasu poświęciłem na dopracowanie każdego szczegółu. Wymieniłem część sprzętu, kupiłem nowy namiot, długo zastanawiałem się nad wyborem raków, liczyłem każdy gram wyposażenia, bo wiem, że na wysokości wszystko zaczyna ważyć dwa razy więcej. Wieczorami zamiast oglądać filmy potrafiłem godzinami przeglądać zdjęcia z poprzednich wypraw na Muztag Atę. Najbardziej interesował mnie odcinek pomiędzy C1 a C2, gdzie znajduje się najwięcej szczelin. Ponieważ planowałem działać samodzielnie, chciałem jak najlepiej poznać drogę jeszcze przed wyjazdem. Oczywiście zdjęcia nie zastąpią doświadczenia w terenie, ale potrafią zwrócić uwagę na miejsca, które później mogą okazać się kluczowe.
Była jeszcze jedna rzecz, która miała dla mnie znaczenie. Kilka miesięcy wcześniej zaprojektowałem i wykonałem nowe pierścienie z motywem skalnym i kamieniem szlachetnym . Jednym z nich była właśnie Muztag Ata. Dla wielu osób to tylko biżuteria, dla mnie to coś znacznie więcej. Każdy z tych pierścieni przypomina o marzeniach, które udało się zrealizować albo które dopiero czekają na swoją kolej. Muztag Ata miała być następnym rozdziałem tej historii.
Im bliżej było wyjazdu, tym częściej łapałem się na tym, że myślami jestem już w Chinach. Plecak od kilku dni stał spakowany, wszystkie formalności były załatwione, a bilet czekał na wykorzystanie. Wydawało się, że nic nie jest już w stanie zmienić planów.
Najtrudniejsza decyzja zapadła jeszcze przed wylotem
3 lipca wydarzyło się jednak coś, czego nikt nie przewidział. Na wysokości około 7300 metrów, zaledwie kilkadziesiąt metrów poniżej szczytu, doszło do tragicznego wypadku. Kilku wspinaczy straciło życie, a jedna osoba została uznana za zaginioną. Rozpoczęła się akcja ratunkowa i poszukiwawcza prowadzona w niezwykle trudnych warunkach. Przez kolejne dni praktycznie nie pojawiały się żadne oficjalne informacje, dlatego w internecie zaczęły krążyć plotki i domysły. Jedni byli przekonani, że góra zostanie otwarta za kilka dni, inni twierdzili, że sezon jest już zakończony.
Pierwsza wiadomość od organizatora
Dopiero 6 lipca o godzinie 18:45 otrzymałem pierwszą oficjalną wiadomość od organizatora wyprawy. Akcja ratunkowa nadal trwała, ale przekazano nam, że chińskie władze podejmą ostateczną decyzję dotyczącą dalszego funkcjonowania góry 15 lipca. W tym momencie zacząłem liczyć nie kilometry ani metry przewyższenia, ale dni.
Problem polegał na tym, że mój lot z Polski zaplanowany był już na 8 lipca rano. Oznaczało to, że miałem właściwie jeden dzień na podjęcie decyzji, czy wsiadam do samolotu i lecę do Chin, czy zostaję w domu, nie mając żadnej pewności, co wydarzy się tydzień później.
Usiadłem wtedy z kalendarzem i zacząłem rozpisywać całą wyprawę od początku. Dzień po dniu analizowałem plan aklimatyzacji, wyjścia do kolejnych obozów, czas potrzebny na odpoczynek oraz ewentualny atak szczytowy. Robiłem to kilka razy, bo miałem nadzieję, że gdzieś popełniłem błąd i wynik okaże się bardziej optymistyczny. Niestety za każdym razem dochodziłem do tego samego wniosku. Nawet gdyby 15 lipca władze zdecydowały się ponownie otworzyć górę, zabrakłoby mi jednego dnia rezerwy. Dla kogoś, kto nigdy nie był wysoko w górach, może to wydawać się drobiazgiem, ale właśnie ten jeden dzień często decyduje o bezpieczeństwie całej wyprawy. Pogoda nie pyta o nasze plany, organizm również nie działa według kalendarza, a wysokość potrafi zweryfikować nawet najlepiej przygotowany harmonogram.
Najtrudniejsza decyzja
Nie ukrywam, że była to jedna z najtrudniejszych decyzji, jakie przyszło mi podjąć. Serce mówiło jedno. Przecież przygotowywałem się tyle miesięcy, wszystko było gotowe, a może za kilka dni okazałoby się, że góra znowu jest otwarta. Rozsądek podpowiadał jednak coś zupełnie innego. Coraz bardziej dochodziłem do wniosku, że jeśli polecę, zrobię to bardziej z obawy przed utratą marzenia niż z przekonania, że będę miał realną szansę przeprowadzić bezpieczną i dobrze zaplanowaną wyprawę.
Wieczorem spojrzałem jeszcze raz na spakowany plecak i po prostu powiedziałem sobie: nie jadę.
Nie była to łatwa decyzja. Wręcz przeciwnie. Przez kolejne dni wielokrotnie zastanawiałem się, czy nie popełniłem błędu. Czy nie powinienem jednak zaryzykować i znaleźć się w bazie razem z pozostałymi uczestnikami, czekając na rozwój wydarzeń..
Intuicja okazała się mieć rację
Odpowiedź przyszła dokładnie 15 lipca, kiedy zgodnie z wcześniejszą zapowiedzią chińskie władze ogłosiły oficjalny komunikat. Muztag Ata została zamknięta na cały sezon 2026. W tamtym momencie zrozumiałem, że gdybym poleciał zgodnie z planem, siedziałbym właśnie w bazie pod górą, czekając na decyzję, która i tak przekreśliłaby całą wyprawę.
Dziś wiem, że intuicja po raz kolejny mnie nie zawiodła. Nie była to decyzja podjęta ze strachu ani z braku wiary we własne możliwości. Była efektem chłodnej kalkulacji i doświadczenia, które przez lata zdobywałem na kolejnych wyprawach. Góry nauczyły mnie, że szczyt nie ucieknie, natomiast jedna zła decyzja może kosztować bardzo wiele.
Choć nie stanąłem w tym roku na Muztag Acie, nie traktuję tej historii jako porażki. Organizator potwierdził zwrot pełnego depozytu, dzięki czemu mogę spokojnie zamknąć ten rozdział i skupić się na nowych planach. A tych, jak zawsze, nie brakuje. Już dziś wiem, że kolejnym dużym celem będzie Pik Lenina, do którego zacznę przygotowywać się z takim samym zaangażowaniem, jak do każdej wcześniejszej wyprawy.
Patrząc dziś na pierścień z wygrawerowanymi współrzędnymi Muztag Aty, nie myślę o niespełnionym marzeniu. Widzę przypomnienie, że w górach największą wartością nie jest zdobycie kolejnego szczytu, ale umiejętność podejmowania właściwych decyzji. I chyba właśnie dlatego ten pierścień ma dla mnie dziś jeszcze większe znaczenie niż w dniu, w którym go projektowałem.
Bo góry będą tam również za rok. Najważniejsze jest to, żebyśmy i my mogli do nich wrócić.
















